woda się zagotowała. zalewam torebkę czarnej herbaty, patrząc jednocześnie na odbicie w szybkie szafki. tyle się we mnie zmienia; tyle rzeczy chciałoby wyjść na zewnątrz. krzyczę delikatnie od środka, przechodząc w niższe lecz bardziej ciężkie dźwięki, by znaleźć ten jeden odpowiedni. chciałabym się zmienić. chciałabym mieć tę pewność siebie i siłę, których nigdy nie mogłam w sobie znaleźć. gdzieś tam w rękach coś udawało mi się trzymać, ale nie na długo. przelewało się jakoś to przez palce.
woda sięgnęła krawędzi kubka. czekam kilka sekund żeby herbata się zaparzyła, po czym łyżeczką wyciągam zużytą torebkę. dodaję cytrynę oraz trochę cukru. mieszam - mieszam swoimi intensywnymi wątpliwościami, które wciąż niepotrzebnie (?) zajmują najwięcej miejsca w sercu. każda rozterka splatała się z kolejną i poprzednią. myślałam o tym, co napisałam ostatnio. czy ja nadal kocham? kocham i co do tego nie mam wątpliwości. po prostu nauczyłam się tutaj być sama. umiem radzić sobie bez niego, płakać sama, śmiać się sama, cieszyć się sama, chodzić sama. musiałam po prostu. i myślę, że wyszło mi to na dobre. z tego powodu byłam z siebie dumna.
płucząc łyżeczkę ponownie spojrzałam w swoje odbicie. brązowe odrosty odznaczały się pomiędzy resztą czerwonych włosów a moją bladą cerą. podkrążone oczy oznaczały, że mój organizm jest wykończony i potrzebuje teraz więcej snu niż zwykle. w dodatku od tygodnia męczyły mnie oznaki tego, że kobiece dni są coraz bliżej.
zabrałam kubek, zgasiłam światło i zamknęłam się w pokoju. chciałam spać. jednak przed snem bardzo chciałam Cię zobaczyć. przeprosić za to jak się zachowywałam i że w momentach, w których najbardziej mnie potrzebowałeś, mnie nie było. byłam samolubna. myślałam tylko o swoim smutku i o swoim wyimaginowanych problemach. przepraszam.
Życzę Ci tej pewności siebie (jak również każdemu, kto jej potrzebuje, sobie samej również), ale nie takiej aroganckiej, która sprawi, że stracisz całą swoją wrażliwość i delikatność, tylko takiej, która pozwoli Ci góry przenosić. Żeby jak najmniej było chwil słabości i zwątpienia, a wszystkie wahania przynosiły pozytywne rezultaty.
OdpowiedzUsuńCo do rozstania, to nie napiszę, że czas leczy rany, bo się z tym nie zgadzam. Czas zdecydowanie sprawia, że łatwiej jest zapomnieć; czułe gesty, nocne rozmowy, ciepłe dłonie - kontury większości wspomnień się zamazują, łatwiej jest zrobić krok naprzód.
Ściskam, trzymaj się :*
och, takiej pewności siebie to bym bardzo chciała. jednak wydaje mi się, że ja musiałabym się z tym urodzić. bo nawet jeśli czasem wydaje się, że taka jestem - to tylko pozory. jestem właśnie zbyt wrażliwa.. i ja Kochana Tobie życzę takiej pewności siebie. :*
Usuńwiesz, wiele razy myślałam o rozstaniu. nie raz przemknęła mi gdzieś myśl, że może jednak by to zakończyć? ale jednak nie... zbyt dużo oboje siebie w to włożyliśmy i nie byłabym w stanie go skrzywdzić. poza tym, nie spotkam już nikogo takiego...
ściskam cieplutko. :*
Ojej, to ja nie wiedziałam, jakoś tak mi tutaj się skojarzyło, że chodzi o rozstanie. Przepraszam, mój błąd.
UsuńWiadomo, że bywają lepsze i gorsze chwile, że nie zawsze jesteśmy tak dobrzy dla tej drugiej osoby, jak byśmy tego chcieli. Trzeba pracować nad związkiem, nad sobą. Najważniejsze, żeby były miłość, zaufanie, intymność, te wszystkie podstawy, które zawsze pozostaną.
nie szkodzi. :)) przecież nic wielkiego się nie stało, prawda? każdy ma swoje wpadki.
Usuńno właśnie... a nam brakuje ostatnio intymności... nie mamy czasu dla siebie w ogóle. jest samo czekanie od weekendu do następnego lub za dwa.
Też tak mam z moim T, już drugi rok w rozjazdach. Tylko, że mam o tyle dobrze, że mam wolne piątki i ogromną tęsknotę za domem, rodzinnym miastem, a że udało mi się upolować bilety w korzystnych cenach, to wracam co weekend, czasem T. przyjedzie i jakoś mijają te dni pomiędzy.
UsuńTakie przerwy nie muszą być złe dla związku. W prawdzie nie jest tak dobrze, jak mogłoby być, gdybyśmy byli ciągle razem, ale nie jest też gorzej niż było kiedykolwiek. Moi znajomi mieszkali w czasach licealnych daleko od siebie i świetnie im się wiodło, na studiach zamieszkali w jednym bloku, dosłownie mieszkanie obok mieszkania (takie większe grupki były) i już dwa razy się rozstali, ciągłe kłótnie, zero poprawy. Nie ma reguły. I zawsze trzeba być dobrej myśli, bo to od nas zależy, jak wszystko będzie wyglądać.
drugi rok? podziwiam. chociaż w sumie to nam też drugi rok, ale zaczął się dopiero. jakoś jednocześnie nie mogę się przestawić, ale jestem już do tego przyzwyczajona. dziwnie po prostu. w dodatku mam wrażenie, że przez to iż nie mamy jako tako kontaktu na co dzień (face to face) to nie mam ochoty z nim się później widywać, kiedy on przyjeżdża lub ja.
Usuńno, to miałaś szczęście z tymi biletami.
tak, to prawda, że zależy to od nas. czasem faktycznie coś takiego się przydaje, ale mimo wszystko wolałabym go mieć przy sobie. zawsze wtedy jest to takie poczucie... bezpieczeństwa? ciepła?
Ja mam zupełnie inaczej. Jak już się spotykamy, to jestem tak bardzo stęskniona, mimo że minęło max 12 dni, na dłużej sobie nie pozwalam, mam wrażenie, że miałabym ogromny problem z wytrzymaniem, a co za tym idzie z brakiem spokojnego snu, koncentracji tutaj, na studiach. Czasem mam wrażenie, że zakochuję się na nowo, odnajduję kolejny element mojego ukochanego, który mnie fascynuje.
UsuńPoza tym wizja wspólnej przyszłości, kiełkujące wspólne marzenia, to nie pozwala mi wątpić.
To smutne, że kochasz go, ale nauczyłaś się cieszyć/płakać sama, bo jak rozumiem wcześniej było inaczej. Po części powinnam rozumieć, ale prawda jest taka, że ja od zawsze tak mam.
OdpowiedzUsuńZ jednej strony dobrze, z drugiej źle - bo odsunęłaś się w dużym stopniu od niego.
kochana ale wiesz, że ten czas wątpliwości minie, prawda? rozmawiałyśmy przecież o tym.
OdpowiedzUsuńpewne rzeczy trzeba sobie samemu w sobie wypracować.
OdpowiedzUsuńDlaczego musiałaś nauczyć się być sama?
OdpowiedzUsuń