15 stycznia 2015

.

pierwszy raz od jakiegoś czasu łzy cisną mi się do oczu. pieką mnie, są zaczerwienione i zaszklone. ale to nie z obecnego stanu. no, może wszystko co świeże, jeszcze nie zagojone ma wpływ na dzisiejsze łzy. jednak czarę goryczy przelało poczucie samotności i zobojętnienia, które widzę, a którego nie ma tylko z jego strony. tylko tamto już nie wróci...
brakuje mi rozmów. brakuje mi wina, truskawek z bitą śmietaną i zdrętwiałych palców od wystukiwania na klawiaturze. brakuje mi kogoś, kto był w pewien sposób zbliżony do moich lat, z kim mogłam porozmawiać prawie na każdy temat, zrelaksować się, pośmiać, popłakać wspólnie. wiem, że ja nie zawsze byłam fair, ale chyba każdy potrzebuje czasem pewnego odosobnienia, prawda? żeby móc o czym później rozmawiać. a teraz mimo, iż mogłoby być o czym pomówić, wymienić się to... jest cisza. cisza (nie)chciana. lub są pytania, ale nie pasuje pytać. albo... albo... albo, no właśnie. nie ma nic. suchy język w gardle, zimne palce na klawiaturze.
brakuje mi zrozumienia. tych wkurwiających wiadomości w nocy i nad ranem. o nieodpowiedniej porze. brakuje mi kobiety. dojrzałej, inaczej patrzącej na świat, obecne sprawy; kogoś, kto pod pewnymi względami jest bardziej doświadczony ode mnie i potrafi objąć skrzydłami, bo ja mała i głupia jestem. gówniara. tylko to wszystko przeminęło z wiatrem. wychodzi na to, że nie zostało już nic, prócz moich obecnych łez. bo wracają wspomnienia. czuję samotna zewsząd. czasem może atakowana. a każda ledwo rozpoczęta rozmowa składa się z niemych skinięć głową mhm oraz nieskładnym pokazywaniem pazurków i kłów. męczy mnie to. tylko na ten moment nie umiem inaczej. tylko ja wiem, że już chyba nie będzie inaczej - tak jak kiedyś.
ogólnie rzecz biorąc to zostałam sama w tym całym gównie. trochę z własnej woli (?), trochę nie z własnej. bo chciałam pomyśleć o sobie, bo myślałam, że tak będzie lepiej. i tej jednej rzeczy nie żałuję. zaś druga mnie czasem nurtuje, wyrywa serce z wyblakłej piersi. i to wcale nie on przynajmniej w pewnym stopniu.


weekend w Krakowie.

6 komentarzy:

  1. Czasem nić odosobnienia jak najbardziej potrzebna.

    OdpowiedzUsuń
  2. Skoro, chociaż w części z własnej woli, to może to Ci się opłaci? Może jednak ten czas zaplusuje jakimś uporządkowaniem tego wszystkiego?

    OdpowiedzUsuń
  3. Trzymaj się...mam nadzieję, że Kraków poprawił Ci nastrój..

    OdpowiedzUsuń
  4. gdy wspomnienia wracają, to zostajemy z nimi sami najczęściej, bo musimy sami się z nimi zmierzyć, choć to tnie jak najostrzejszy nóż, rozcina jeszcze niezagojone blizny i wtedy potrzebujemy ciepła, wsparcia, rozmowy. ale co z tego, jeśli nikt się nie zgłasza? nie powiem, że to minie, bo chociaż tak będzie, to ciężko będzie Tobie w to teraz uwierzyć. po prostu to przetrwaj, jakoś, ale przetrwaj.
    a Kraków... akurat na ten weekend przyjechałam do domu, a szkoda, bo chętnie bym się z Tobą spotkała. mam jednak nadzieję, że pobyt w tym pięknym mieście choć trochę poprawi Twoje samopoczucie :*

    OdpowiedzUsuń
  5. chyba trochę się z tym utożsamiłam...

    OdpowiedzUsuń